Od początku tego roku Kraków żyje jednym tematem. Strefa Czystego Transportu, która weszła w życie 1 stycznia, miała być kolejnym krokiem w stronę czystszego powietrza i nowoczesnego miasta. Zamiast tego stała się iskrą, która podpaliła społeczne emocje. Jedni mówią o konieczności i odpowiedzialności, drudzy o wykluczeniu i narzucaniu decyzji bez zgody mieszkańców.
SCT ogranicza wjazd do dużej części miasta samochodom, które nie spełniają określonych norm emisji spalin. Dla wielu krakowian oznacza to bardzo konkretny problem: auto, którym jeździli do pracy, szkoły czy lekarza, nagle stało się „nielegalne”. I choć miasto przewidziało wyjątki, ulgi i okresy przejściowe, dla sporej grupy mieszkańców to wciąż za mało.
Już w pierwszych dniach funkcjonowania strefy było jasne, że nie wszyscy zamierzają się z nią pogodzić. Na ulicach pojawiły się protesty, a znaki informujące o SCT zaczęły znikać albo były niszczone. Dla jednych to akt wandalizmu, dla innych – desperacki sposób pokazania sprzeciwu wobec decyzji władz miasta.
W weekendy Kraków wielokrotnie widział demonstracje kierowców i mieszkańców spoza miasta, którzy czują się nowymi przepisami wypchnięci na margines. Hasła są mocne: że to „strefa dla bogatych”, że ekologia stała się pretekstem do fiskalnej presji, że miasto zapomniało o zwykłych ludziach.
Ogromną rolę w organizowaniu sprzeciwu odegrały media społecznościowe. Jedną z najbardziej rozpoznawalnych grup są tzw. „Blade Runners”, którzy szybko stali się symbolem oporu wobec SCT. To tam krążą nagrania z protestów, zdjęcia usuniętych znaków, relacje z ulic i ostre komentarze pod adresem urzędników.
Niezależnie od oceny ich działań, jedno jest pewne: to środowisko nadało protestom rozmach i sprawiło, że temat SCT nie zniknął po kilku dniach, ale stał się stałym elementem miejskiej debaty.
Jednym z najczęściej powtarzanych postulatów przeciwników strefy było przeprowadzenie referendum. Argument był prosty: skoro zmiany są tak poważne i dotyczą setek tysięcy ludzi, to mieszkańcy powinni mieć możliwość wypowiedzenia się w głosowaniu.
Do referendum jednak nie doszło. Władze miasta uznały, że decyzja mieści się w kompetencjach samorządu i była poprzedzona konsultacjami. Dla przeciwników SCT to tylko dolało oliwy do ognia. W ich narracji strefa stała się symbolem polityki „ponad głowami mieszkańców”.
Pojawiły się nawet głosy, że sprawa SCT może przerodzić się w szerszy konflikt polityczny, łącznie z próbą referendum odwoławczego wobec prezydenta miasta. Na razie to bardziej zapowiedzi niż realne działania, ale napięcie wyraźnie rośnie.
Dziś Kraków jest wyraźnie podzielony. Jedni oddychają z ulgą, wierząc, że SCT realnie poprawi jakość powietrza i ograniczy smog. Drudzy czują się oszukani i wypchnięci poza granice miasta, które miało być „dla wszystkich”.
Strefa Czystego Transportu przestała być tylko rozwiązaniem komunikacyjnym. Stała się testem zaufania do władz, sprawdzianem dialogu społecznego i pytaniem o to, jak daleko można iść w imię ekologii, nie tracąc po drodze ludzi.
Ten spór szybko się nie skończy. Przeciwnie – wszystko wskazuje na to, że SCT jeszcze długo będzie jednym z najbardziej zapalnych tematów w Krakowie.
O innych absurdach poczytasz w: Nie ma jak w Polszy.
O sposobach na ominięcie opłat za wjazd.
Zastrzeżony
kontakt@turbokobieta.pl
Polska
TurboKobieta
Skróty
Usługi
Media społecznościowe
KONTAKT
Czy masz jakieś pytania?
A website created in the WebWave website builder.